Z pamiętnika hodowcy Kota – dzień 13. Tajemnica mysiej rodziny

Poza całkowicie zwyczajnymi kocimi sprawami, takimi jak spanie na stole i bieganie po szafach i tymi mniej zwykłymi jak coraz śmielsze polowanie na moje dłonie, czy długie i przeraźliwe miauknięcia kiedy nie zwraca się na kota uwagi, mój kot ma jeszcze jedną tajemniczą właściwość, którą w moim domu miała do tej pory tylko pralka automatyczna. Wiecie jak to jest ze skarpetkami w praniu? Nieważne ile razy sprawdzisz przy ładowaniu prania do pralki i tak zawsze po zakończeniu programu będzie którejś brakowało. Tak już jest i koniec. Kiedyś podejrzewałem kobietę z którą mieszkałem, że te zaginięcia to pretekst do kolejnych zakupów, które uwielbiała, potem zrozumiałem, że jest na to „za mała” bo w tej skali w jakiej obserwuję to zjawisko to musi być ogólnoświatowy proceder chińskich zapewne producentów tekstyliów i pralek automatycznych. Ot taki portal do krainy zaginionych skarpetek.

 

 

 

 

 

Ale, ale miałem o kocie, a nie o pralce. Mój kot gubi myszy. Wyposażony w całą sześciomysią pluszową rodzinę, uroczo z nimi urzędowała przez kilka dni wyczyniając dzikie harce w całym mieszkaniu. Dziś jednak kiedy wróciłem z pracy okazało się, że cała mysia populacja nagle zaginęła. Zaintrygowany próbowałem nawet wypytać jedynego naocznego świadka tego zaginięcia, ale jedyne pytanie na które uzyskałem odpowiedź to przyznanie się do winy. Kot bowiem wyraźnie zaznaczył, że „Miau” z tym coś wspólnego. Akcja ratunkowa, połączona z odsuwaniem wszystkich sprzętów AGD i mebli kuchennych nie przyniosła rezultatów. W końcu to kawalerka, a nie willa!

Trzeba w tym miejscu przyznać, że główna podejrzana zachowała iście stoicki spokój obserwując z nieukrywaną pogardą na ślicznym pysku moje płonne starania. Myszy zniknęły. Dla pewności sprawdziłem również pralkę i w końcu odpuściłem. Kiedy już zrezygnowany sprawdzałem godziny otwarcia najbliższego sklepu zoologicznego, zaopatrzonego w zapas pluszaków dla kota, w soboty, tuż przed moim nosem na biurku pojawiła się Lili trzymając w pyszczku brązową mysz w żółte cętki. Spojrzała na mnie triumfalnie, położyła myszkę, po czym zaczęła się wylizywać z lubością.

Myszy chyba jednak są bezpieczne. Kiedyś w końcu je znajdę, prawda?

Podziel się!
Ten wpis został opublikowany w Kot, Lili, Z pamiętnika hodowcy kota... i oznaczony , , . Dodaj do zakładek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *