Z pamiętnika hodowcy Człowieka… – dzień 39. Kocie życie jak w Madrycie

To już 5 tygodni jak objęłam moje nowe włości. Nie jest to co prawda to samo co moja stara stodoła, ale ciepło, cicho i służba jest. Nie ma też tych innych kotów, które tak mnie drażniły. Oczywiście zawsze mogło być lepiej, ale gorzej też bywało. Zwłaszcza zimą.

Ten mój człowiek nie jest taki zły, nawet czasem pozwalam mu się pogłaskać bo jak się zaczął oswajać to zauważyłam, że to lubi. Oczywiście bez przesady – czasem trzeba dać mu po łapach, żeby się nie rozbestwił. Wiadomo człowieka trzeba sobie wychowywać. Na początku było mi z nim troszkę dziwnie, zastanawiałam się nawet kto podrzucił mi takiego dziwaka do mojego nowego domu, ale okazało się, że jak ktoś jest wielkim, brodatym człowiekiem to nie oznacza od razu, że nic nie kuma. Parę dni i już owinęłam go sobie wokół łapki.

18

Na przykład w nocy. Wystarczy, że weszłam na niego i zajrzałam mu w oczy a ten od razu zerwał się z łóżka i poleciał w stronę kuchni, żeby nałożyć mi jedzenia. Niestety w trakcie marszu zorientował się, że jest noc i zapomniał co miał zrobić i wrócił do łóżka mrucząc pod nosem jakieś dziwne słowa które brzmiały tak ostro i miały dużo rrrrr. Kurrrrrr, cholerrrrr. Coś takiego. No nic trening czyni mistrza będę go dalej szkolić to się nauczy. Pojętny jest.

Ostatnio odkryłam też, że można go wykorzystać do zabawy – świetniemacha wędką, rzuca myszki i piłeczki, a czasem nawet aportuje jak się postara. Przynosi też moje smaczki z szafki. Tyle, że za mało.

Jakiś tydzień temu przytargał skądś kawałki kurczaka. Chyba upolował gdzieś dla mnie, ale resztę zeżarł i zostały same nogi. Ale trzeba przyznać, że podzielił się i było pyszne. Więc jednak, jak się postara to jest całkiem fajny. Wczoraj przyniósł kawałek krowy. Gdzie zmieścił resztę to ja nie wiem, ale jak patrzyłam wieczorem na jego brzuch i udeptałam go troszkę to dałabym głowę, że słychać było cichutkie muuuuuu.

No dobra. Fajny jest. Mizia się nieźle, nie krzyczy jak biegam w nocy – nawet czasem rubasznie się śmieje, co wprawia mnie w dobry humor. Warto jednak czasem przygarnąć sobie człowieka i mu pomagać. Co on by beze mnie zdziałał to nie wiem… Ale dobrze jutro – tak jak i dziś – też o 4 rano powiem mu że go lubię. Usiądę na nim i jak najgłośniej wymiauczę mu to w twarz. Będzie szczęśliwy.

P.S.: wiem, że głupie zdjęcie, ale on zupełnie nie umie pozować…

Lilka

WAŻNE!!!

W nawiązaniu do powyższego wpisu – chciałbym jedynie wyjaśnić, że po powrocie z pracy do domu odbyłem z Lilianną Kałużną z domu Kotowicz poważną rozmowę, w wyniku której uzgodniliśmy, że korzystanie nie tylko z czyjegoś konta na FB, ale i z prywatnego komputera pod jego nieobecność jest nieeleganckie i nieetyczne. Dlatego też Lili obiecała więcej z mojego konta na FB nie korzystać, a jeśli kiedykolwiek przyjdzie jej do łebka podzielić się z kimkolwiek swoimi przemyśleniami, uczyni to za pomocą bloga, którego w najbliższych dniach dokończę i udostępnię. Przepraszam zatem Państwa w grupie za ten niecny incydent pogwałcenia mojej sieciowej intymności i mam sam nauczkę na przyszłość, że trzeba wylogowywać się z facebooka, bo nigdy nie wiadomo komu się łapka omsknie. Lilka zobligowana została również do nie udostępniania więcej mojej facjaty z własnym pięknym pyszczkiem. Przemówił argument, że stanowczo nie życzę sobie aby ktokolwiek moje zdjęcie drukował i stawiał obok cukierniczki, żeby mu dzieci cukru z niej nie wyjadały. Lili zrozumiała. Aha. Nie poluję na kury i krowy. Mięso nabywam w cywilizowany sposób, nie jestem też miłośnikiem WP i zwierzaka bym nie skrzywdził. Żrę owszem, ale żadna mi wołowina do tej pory nie muczała w brzuchu nigdy. Zwyczajnie mi burczy czasem. I tyle. Lili kazała dodać jedynie, że i tak miaua radochę z kontaktu z Państwem. Miau.

Adam.

Podziel się!
Ten wpis został opublikowany w Kot, Lili, Z pamiętnika hodowcy kota... i oznaczony , , . Dodaj do zakładek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *