Z pamiętnika hodowcy Kota – dzień 23. Świąteczne grzeszki

No tak, tak. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto nie nagrzeszył w święta, chociażby obżarstwem. Lili troszkę nabroiła, a i ja święty nie jestem.

W sobotę kiedy leżałem w łóżku rozmyślając jedynie o tym, jak szybko dobiec do łazienki w razie nagłej potrzeby, nawiedziła mnie chorego córka. Święta co prawda spędzała u babci, ale ze święconką szła w okolicy, więc wpadła z koszyczkiem poświęconym już, aby choć na chwilkę towarzystwa mi dotrzymać. Tradycyjnie jak to chory facet próbowałem się wyżalić, a jednocześnie być troszkę bohaterem aby dziecku przykro nie było, że sam tak sobie leżę. Mi zresztą bardzo przykro nie było bo na Showmaxie filmów ciekawych sporo, łóżko miękkie i kot mruczący, więc gdyby nie nadmiernie częsty szum z muszli byłoby idealnie.

Lilka tymczasem poczuła się zwolniona na chwilę z obowiązku pilnowania tatusia i zniknęła gdzieś. Chwilę potem poszliśmy do kuchni, w której ku memu zdumieniu na podłodze leżał kawałek wędzonej pięknej kiełbasy. Taki malutki. Jednak ja byłem już 3 dzień niejedzący, a i taka wiejska swojska kiełbasa rzadko gości w mojej lodówce, gdzie jednak najwięcej mam… światła. Chwila konsternacji i odkrycie. Moja piękna Lili dorwała się do święconego, wyjęła stamtąd piękną wędzoną w domu kiełbaskę z jeleniem i wciągnęła na poczekaniu prawie całą, zostawiając tylko kawałeczek – pewnie kota spłoszyliśmy za szybko się do kuchni udając. Nasza wina. Żeby było ciekawiej nie zauważylibyśmy niczego, bo reszta święconki w koszyczku nietknięta, serwetka pięknie zaścielona, a kot spał grzecznie na leżaczku na kaloryferze 2 minuty później. I byłoby na księdza i że antyklerykalizm…

No ale jak tu można mieć żal do kota, że mu wędzone pachniało nieziemsko… Dodałem jej do michy trochę pręgi wołowej i dzień zakończyliśmy z jednym pełnym brzuchem i rozkosznym mruczeniem. Kota oczywiście.

A tak na marginesie dodam jeszcze, że straszliwie zaskakuje mnie mnogość dźwięków jakimi komunikuje się Lili. Od pospolitego miauczenia (z całym zakresem natężeń, tonów i emocji), po ćwierkanie, warczenie, syczenie, śpiewanie, mruczenie, kląskanie i pewnie inne, które odkryję niebawem. Komunikacja moich psów przy tym arsenale wydaje się być wyjątkowo uboga, muszę więc uczyć się wszystkiego na nowo. I bardzo mi się to podoba.
Odnoszę też wrażenie, że ten dowcip który mówi, że pies potrafi nauczyć się rozumieć ponad 500 słów i wypełniać 100 poleceń, kot umie dokładnie to samo, ale ma to głęboko w… nosie jest najzupełniej prawdziwy.

P.S.: Dziękuję Wam wszystkim za życzenia powrotu do zdrowia. Spełniły się. Życzcie mi więc dużo miłości i choć trochę kasy. Dobrze Wam idzie.

 

Podziel się!
Ten wpis został opublikowany w Kot, Lili, Z pamiętnika hodowcy kota... i oznaczony , , . Dodaj do zakładek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *