Z pamiętnika hodowcy Kota – dzień 55 – Operacja „SZPON”

Pamiętacie jeszcze, że początkująca z nas para kocio-człowiecza? Jeszcze dwa miesiące temu zielony byłem w temacie kota jak szczypiorek na wiosnę, dziś z uśmiechem politowania oglądam program „Kot z piekła rodem” w jakiejś telewizji, bo po chwili zdaję sobie sprawę jakie głupie błędy robią właściciele kotów. Dzisiejsi postanowili nosić kota na ręce brzuchem do góry, miziali go bez przerwy po podwoziu i byli bardzo zaskoczeni, że ciągle są podrapani… No proszę… Nawet ja nie jestem taki rozgarnięty inaczej.

Nie, nie wiem wszystkiego o kotach, ciągle się uczę (naprawdę ten zwrot zawsze będzie mi już przypominał pana prezydenta?!?). Ostatnio przeżyłem ciężki zawód bo oglądając film na temat mowy ciała kota odnotowałem, że ponad połowa filmiku poświęcona była ogonkowi. Czyli tej części komunikacji, która nam z Lili totalnie odpadła. Wraz z jej dumnym futrzastym zakończeniem. Nic to!
Wyrabiamy sobie jednak coraz lepszą komunikację zastępczą (to z kolei brzmi jak awaryjny PKS). Lili nie sygnalizuje mi na przykład ogonem, że ma dość miziania, ale bardzo delikatnie chwyta moją rękę pyszczkiem. Nie nie gryzie. Dotyka. I wystarczy, już rozumiem.

Obcinanie Kotełkowych pazurków to była jedna z ostatnich rzeczy, które mnie męczyły. Owszem pamiętałem teorię ze szkoły, że 18 palców, po 5 w przednich i 4 w tylnych łapkach i że nerwy i ukrwienie i że tylko końcówka i maksymalnie spokojnie acz szybko. Wszystko to siedziało w mojej głowie, jednak z drugiej strony brzmiało też adopcyjne ostrzeżenie, że nie jest to ulubiona czynność mojej Lili. Heh… „Nie jest ulubiona” to miał być eufemizm. Jednak fakt, że Lili jest nieziemskim miziakiem i każdego dnia i coraz częściej w nocy oferowała mi usługi masażu, połączone z zza każdym razem dotkliwszą akupunkturą zadecydowały. Trzeba uciąć narzędzie zbrodni. Pewnie zrobiłbym to wcześniej, ale kiedy Lilka dostała poziomy kartonowy drapak całkowicie zrezygnowała z drapania czegokolwiek poza swoimi drapakami. Kanapa i walizki zostały ocalone samoistnie.

No dobra nastało TO popołudnie. Wraz z moją córką uzbroiliśmy się w cążki, ręcznik – w który mieliśmy zapakować naszego oszalałego z wściekłości drapieżnika domowego i zapas kocich przysmaków – choć po ucieczce wiedziałem, że są w życiu kota sytuacje w których przysmaki nie są warte żadnej ceny… Z duszą na ramieniu i długimi grubymi spodniami na tyłku przystąpiłem do akcji. Najpierw ręcznik. Lili nie podobał się ten pomysł – a i ja nie miałem pomysłu szczerze pisząc jak zapakować w kawałek froty coraz bardziej niezadowolonego kota. Po krótkiej rozmowie – nie nie z córką, ale z kotką ustaliliśmy warunki rozejmu. Ona będzie grzeczna bez ręcznika, a ja za każdą łapkę z obciętymi pazurkami płacę dwa smakołyki Mac’s Shakery. Cena przyznacie niewygórowana, choć szczerze wątpiłem czy przyjdzie mi wypłacić należność i czy to nie moje paznokcie przypadkiem ucierpią podczas tej przygody. Ku naszemu zdziwieniu jednak Lili poddała się mizianiu mojej córki, a ja… zwyczajnie i bez ŻADNYCH ekscesów sięgnąłem po jej prawą przednią łapkę i obciąłem zwyczajnie pięć cudnych białych i ostrych jak brzytwa pazurków. Lili zamruczała tylko i przypomniała o tym, że coś jej się należy. I tak było aż do końca przygody. Bezstresowo, miło i dla kota smakowicie. Strach ma jednak czasem zbyt wielkie ślepia. Lili jednak zrobi wiele dla miziania i dobrego smaczka.

Najlepsze jednak w tej historii było zdziwienie na pyszczku Lili kiedy usiłowała wbić pazury w sizalowy sznurek i pazurki zjechały jej na dół. Nie przejęła się jednak swoim zdziwieniem jakoś mocno i drapie delikatniej do tej chwili. Za to ja za każdym razem kiedy ona przypomina sobie, że wcześniej drapało się jakoś mocniej nie mogę powstrzymać uśmiechu triumfu na widok zaskoczonego dziko pyszczka.

P.S.: Odwiedziłem dziś stacjonarny sklep zoologiczny w moim mieście i muszę przyznać, że szczerze jestem mile zaskoczony. Śmieciowe żarcie w nim to margines (choć było troszkę suchego i parę puszek Whiskasa. Ale na półce królował Butchers w miłym towarzystwie Animondy, fajne pełnomięsne suszone smaczki bez żadnych konserwantów i przypraw. Ceny co prawda sporo wyższe niż wysyłkowo, ale awaryjnie można czasem nabyć. Świadomość dobrej karmy czasem wygrywa z interesem – jak dowiedziałem się od właścicielki sklepu. Brawo.

Podziel się!
Ten wpis został opublikowany w Kot, Lili, Z pamiętnika hodowcy kota... i oznaczony , , , . Dodaj do zakładek.

2 komentarzy do Z pamiętnika hodowcy Kota – dzień 55 – Operacja „SZPON”

  1. Agata napisał:

    Jesteś zdecydowanym Królem naszych adopcyjnych Tatusiów !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *